Archive for December, 2002

Z Nowym Rokiem…

Friday, December 27th, 2002

Z Nowym Rokiem…
Lucjan Sergiel,
szef Okręgowej
Inspekcji Pracy w Opolu:

Wszystkim pracownikom życzę, aby znaleźli pracodawcę, który będzie ich szanował i przestrzegał kodeksu pracy. Im samym życzę natomiast, aby w nowym 2003 roku byli solidnymi pracownikami. Natomiast wszystkim pracodawcom chciałbym życzyć, aby ich firma dobrze prosperowała i przynosiła zyski, aby omijały ich wypadki, a oni sami przestrzegali zasad bezpieczeństwa i kodeksu pracy, a to już z pewnością zaprocentuje spokojnym, zdrowym i udanym Nowym Rokiem. Wszystkim czytelnikom “Gazety Opolskiej” życzę również szampańskiej zabawy w noc sylwestrową i lekkiej głowy następnego dnia.

Autor artykułu: not. Kacz

Po drugiej stronie balu

Friday, December 27th, 2002

Joanna Korycińska, szefowa restauracji “Czardasz” w Opolu, jest prawdziwym długodystansowcem jeśli chodzi o pracą w Sylwestra. Już dwadzieścia lat w ten szczególny wieczór zamiast bawić się na parkiecie, dogląda czy klientom niczego nie brakuje. Mąż pani Joanny na początku miał pewne uwagi, ale po tylu latach już nawet nie pyta, co będą robić w Sylwestra, bo wie jaka będzie odpowiedź.

- Jak byliśmy młodsi to mąż czasami narzekał, że nie możemy gdzieś pójść ze znajomymi, ale teraz już się przyzwyczaił ? tłumaczy Joanna Korycińska. – Ktoś to musi robić, żeby kto inny mógł się bawić.

Szefowa restauracji mówi, że ostatni raz udało jej się spędzić sylwestra z rodziną w domu kilka lat temu, ale wówczas stało się tak tylko dlatego, że zachorowała.

Od sześciu lat bez przerwy Sylwestra w pracy spędza również Grażyna Zawadzka, szefowa restauracji w Ozimku. Ona również nie narzeka. Mówi, że jak już coś zaczęła, to teraz trzeba to ciągnąć.

- Na dwa dni wcześniej praca w kuchni idzie pełną parę, trzeba przygotować mięsa, zapeklować je. Niektóre potrawy przyrządza się tego samego dnia, a potem na bieżąco wszystko musi być podgrzewane. Oprócz tego w Sylwestra razem ze mną pracują mój zięć i córka – wylicza Grażyna Zawadzka. – Można powiedzieć, że jest to rodzinny biznes.

Pani Grażyna zainwestowała w swój lokal oszczędności całego życia, wzięła też spory kredyt, dlatego przyznaje, że nawet nie zastanawia się nad tym co innego mogłaby robić w Sylwestra. – Trzeba spłacić kredyt i wziąć następny, bo chcę, żeby ten lokal wyglądał jeszcze lepiej – dodaje.

Kucharz
- tajną bronią

Najmniej wdzięczne zajęcie mają kucharze. Przez wiele godzin, czasem dni dokładają wszelkich starań, żeby zaspokoić gusty biesiadników, a najczęściej nikt nawet nie wie jak oni wyglądają. Dobry kucharz to tajna broń każdej dobrej restauracji.

Od kilku lat sylwestra w kuchni spędza Dariusz Fabisz, szef Kuchni klubu 103,2 w Opolu. Dzięki jego mozolnej pracy goście, którzy decydują się spędzać Sylwestra właśnie w tym lokalu, mogą cieszyć podniebienie wykwintnymi daniami.

- Już w szkole każdy kto decyduje się na ten zawód powinien zdać sobie sprawę, że takie dni jak Wigilia, Sylwester czy inne ważne dni w roku będzie musiał spędzać w pracy. Ja się nad tym nie zastanawiam. Taki wybrałem zawód, więc teraz już nie ma o czyxam mówić – twierdzi kucharz z restauracji “Festiwal” w Opolu.

Chłopaki
z radia
idą do roboty

Od kilku lat bez przerwy w Sylwestra pracują też Piotr Moc i Cezary Puzyna, dziennikarze z opolskiego oddziału RMF-u, którzy z żalem wspominają dawne czasy, kiedy w wesołym i beztroskim towarzystwie spędzali ten szczególny wieczór.

- Jeśli jest wybór pomiędzy tym, żeby wydać pieniądze, a zarobić, to odpowiedź jest prosta – bez zastanowienia odpowiada Piotr Moc, który w tym roku poprowadzi imprezą w pubie “Pod Lwami” w rodzinnym Kędzierzynie-Koźlu.

Moc przyznaje, że za pierwszym razem żona Luśka kręciła nosem, że nie będą w Sylwestra razem. Jak każda kobieta wolała, by ten wieczór spędzić z mężem przy boku, ale z czasem przyzwyczaiła się do nowych zwyczajów.
? Nie przepadam za wielkimi sylwestrowymi balami, wolę imprezą w mniejszym gronie wypróbowanych znajomych – dodaje Piotr. – Najbardziej żałuję natomiast, że nie mogę spędzić tego wieczoru razem z moimi dziećmi, na odpalaniu sztucznych ogni. Na szczęście w tej roli doskonale zastępuje mnie szczęśliwy dziadek, a na drugi dzień już wspólnie robimy powtórkę z rozrywki, więc w sumie dzieci chyba są zadowolone.

Czarek Puzyna również przyznaje, że kiedy słyszy dobrą ofertę pracy w Sylwestra, nie potrafi odmówić.

- To jedyny taki wieczór i stawki też są specyficzne w końcu człowiekowi, który zrezygnuje z zabawy w ten wieczór należy się dobra zapłata – przekonuje Czarek Puzyna, który szczególnie ciepło wspomina swojego pierwszego przepracowanego Sylwestra na opolskim rynku. – Wtedy była wyjątkowo przyjazna atmosfera. Ludzie bawili się doskonale i chyba dlatego rok później zdecydowałem się prowadzić kolejną imprezę.

Czarek, przez przyjaciół nazywany “Puzonem” mówi, że nie żałuje Sylwestra spędzonego w pracy, bo nawet gdyby miał wolny wieczór, to i tak następnego dnia rano musi być w radiu na dyżurze.

- Najlepsze imprezy sylwestrowe spędzałem w czasach studenckich, wtedy regularnie w kilkanaście osób wyjeżdżaliśmy w góry i wynajmowaliśmy całe schronisko – wspomina Puzon. ? To była prawdziwa kilkudniowa zabawa.
Aspekt ekonomiczny przekonuje do pracy w Sylwestra również Jarka Wasika. Dla niego jest to podwójne wyrzeczenie, ponieważ 1 stycznia artysta obchodzi swoje urodziny i jak każdy wolałby ten dzień spędzić w wąskim gronie przyjaciół.

- Sytuacja w kulturze jest beznadziejna, więc jeśli mam do wyboru granie chałtur w styczniu, wolę na chwilę zmienić zawód i poprowadzić dla ludzi fają imprezę – mówi Jarek. – Chciałbym polecieć do Paryża, albo do Acapulco w Meksyku, jak kilka lat temu, ale może być też Słupsk, Lublin, albo Tułowice, gdzie spędziłem kilka udanych nocy sylwestrowych.

Wszystkie osoby przyznają, że najważniejszym argumentem przemawiającym za pracę w sylwestra są pieniądze, które niestety w tych trudnych czasach mają decydujący głos. Przed ich siłą musi ustąpić cała rodzina, dzieci, a nawet rozczarowana żona, która zamiast siedzieć przed telewizorem i podziwiać jak bawią się inni, wolałaby brylować w towarzystwie.

Uwierzcie mi, wiem co mówię.
Magdalena Kaczor
(żona DJ-a Jacka Kaczora)

Autor artykułu: Magdalena Kaczor

Pomniki przy okrągłym stole

Friday, December 27th, 2002

Nie wiemy, jakie są ostateczne wyniki zarządzonej przez opolskiego wojewodę kontroli pomników niemieckich żołnierzy. Wiemy za to, jaki jest pomysł na rozwiązanie spornych kwestii.

Urząd Wojewódzki ujawnił właśnie, że 24 stycznia odbędzie się w Opolu specjalna konferencja na temat pomników, na którą zaproszeni zostaną przedstawiciele Mniejszości Niemieckiej i opolscy samorządowcy. Będą mogli wysłuchać wystąpienia dyrektora Wydziału Spraw Obywatelskich UW Bogdana Hełki, który nie tylko omówi ostatnią kontrolę, ale także przypomni wszystko, co działo się w sprawie pomników od roku 1992. Oficjalne stanowisko administracji przedstawić ma osobiście Andrzej Przewoźnik, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Narodu Polskiego.

Jest nadzieja, że konferencja ta stanie się swego rodzaju ?okrągłym stołem?, przy którym uda się wreszcie zakończyć pomnikową wojnę. Przypomnijmy, że Gazeta apelowała o takie spotkanie wszystkich zainteresowanych od początku sporu o niemieckie monumenty, który wybuchł po aferze z napisem Hitlersee.

Autor artykułu: most

Świąteczny zamek

Friday, December 20th, 2002

Atrakcją podstawową jest oczywiście sam bajkowy zamek Tiele?Winklerów, który przysypany śniegiem robi jeszcze większe wrażenie. To miejsce naprawdę magiczne, co od lat potwierdzają wszyscy pacjenci działającego tu Centrum Terapii Nerwic. (more…)

Co się przydarzyło templariuszom?

Friday, December 20th, 2002

Na początku był dzielny rycerz Hugo z Payns, który przybył do wyzwolonej przez krzyżowców Jerozolimy, by założyć zakon mnichów-rycerzy. Mieli składać tradycyjne śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa oraz dodatkowy ślub obrony pielgrzymów przed niewiernymi Saracenami. Król Jerozolimy Baldwin II daje im w roku 1118 siedzibę w Świątyni Salomona i odtąd są znani jako Rycerze Świątyni, templariusze. Ich znakiem jest czerwony krzyż na białym płaszczu, walczą pod biało-czarną chorągwią o nazwie Beauceant, szybko zyskują miano prawdziwych lwów wojny.

Trudno się tej karierze dziwić. Ziemie zdobyte w Palestynie przez chrześcijańskich rycerzy cały czas zagrożone były przez wyznawców islamu, jedna wojna goniła drugą. A templariusze, coraz silniejsi i bogatsi, stają się swego rodzaju świętą Legią Cudzoziemską. Nie boją się nikogo, nawet assasynów Starca z Gór, jak nazywano odurzonych haszyszem fanatyków, którzy dokonywali samobójczych zamachów na chrześcijańskich rycerzy, nie wyłączając króla Jerozolimy zasztyletowanego w biały dzień. By sobie lepiej radzić, templariusze przystosowują się do warunków życia na Bliskim Wschodzie, przejmują część tamtejszych obyczajów i strojów.

I to ich gubi. Gdy w 1291 roku muzułmanie zdobywają Akkę, ostatnią chrześcijańską twierdzę w Ziemi Świętej, potężny zakon templariuszy traci rację bytu, choć w całej Europie nadal działają bogate i niezależne komandorie. I wtedy król Francji Filip Piękny, pragnący wzmocnić swoją władzę, oskarża ich o porzucenie świętej wiary i zaprzedanie się muzułmańskim zabobonom. Wzięci na męki templariusze załamują się i przyznają do bezbożnych praktyk: plucia na krucyfiks, zapierania się Jezusa, czczenia demona Bafometa (być może miało to być zniekształcone imię Mahometa). Po trwającym siedem lat procesie papież Klemens V rozwiązuje zakon.

To nie koniec tajemnic. Ostatni wielki mistrz Jakub de Molay odwołuje swoje zeznania, mówi, że zostały wymuszone torturami. Za karę, jako winny krzywoprzysięstwa, zostaje spalony na stosie ustawionym w 1314 roku obok paryskiego mostu Pont Neuf. Umierając, wzywa swoich oprawców na sąd boży. I w ciągu roku umierają wszyscy prześladowcy templariuszy: Klemens V, Filip Piękny i Wilhelm de Nogaret, który kierował torturami.

Autor artykułu: most

Na tropach templariuszy

Friday, December 20th, 2002

Po zakonie templariuszy zostało na Śląsku niewiele materialnych śladów i mnóstwo legend. Tak samo jest na Opolszczyźnie, gdzie do dziś przetrwała opowieść o tunelu pod dnem Odry, do którego wejścia szukać należy w ruinach zamku w Otmęcie. Historycy opowieść odnotowują, ale jest nie potwierdzają.

O prawdziwości tej historii przekonany jest za to Norbert Pawleta, historyk-amator z Krapkowic. Pawleta od lat pracuje nad własną kroniką krapkowickiej ziemi i chętnie dzieli się swoją wiedzą o legendzie templariuszy, którzy dzierżyli ponoć twierdze w samych Krapkowicach, Otmęcie i Rogowie Opolskim. A ponieważ byli ostrożnymi rycerzami i mistrzowskimi budowniczymi fortyfikacji, połączyli swoje zamki podziemnymi przejściami. I nieważne, że taki tunel musiałby biec pod dnem Odry – Pawleta uważa, że dla templariuszy i takie zadanie nie było za trudne.
Opowieść ta jest tu powszechnie znana.

- Zakony rycerskie na Śląsku to temat bardzo ciekawy, czytałem, że swoje posiadłości mieli u nas krzyżacy – opowiada na przykład krapkowiczanin Adam Pawlyta, prymus i olimpijczyk z III LO w Opolu. – Ale jeśli chodzi o templariuszy, to też trafiłem na jakąś wzmiankę o ich obecności w naszym mieście.

Kamienie budzące ciekawość

Bardzo możliwe, że chodzi o wzmiankę w “Dziejach Kościoła na Śląsku” pióra ks. Kazimierza Doli. Pisze on, że szybkie zniszczenie potęgi zakonu sprawiło, iż nie zdążył się on u nas zadomowić na dobre. Ks. Dola wywodzi: “ślady pobytu na naszej ziemi są znikome, owiane wielu legendami i niesprawdzalnymi przekazami. Szereg ruin zamkowych, pokutnych krzyży przydrożnych o których pochodzeniu brak wiadomości przypisuje się templariuszom. I tak przypisuje im się zamek w Krapkowicach i przylegający doń kościół, ruiny twierdzy koło Bolkowa czy w Szydłowcu koło Niemodlina, za zbudowany przez nich uznaje wieść ludowa kościół w Chwalibożycach koło Oławy, a stary, obronny kościół w Kałkowie koło Nysy już wizytator biskupi w 1579 roku łączył z templariuszami”.

Tyle pogłosek. A fakty? Są skromniejsze. Tadeusz Silnicki w “Dziejach i ustroju Kościoła Katolickiego na Śląsku do końca w. XIV” pisze, iż w roku 1226 templariusze otrzymali od księcia Henryka Brodatego Małą Oleśnicą koło Oławy. Potwierdza to “Żywot św. Jadwigi”, z którego dowiadujemy się, że to właśnie święta księżna wstawiła się za zakonnikami ubiegającymi się o nadanie tych dóbr.

Mnisi w zbrojach

Zdecydowanie więcej wiemy o innych rycerskich zakonach. Weźmy joannitów – ci mieli swoje dobra w Głubczycach i Kłodzku, jeszcze w 1403 roku otrzymali patronat nad kościołem parafialnym w Koźlu. I dziś łatwo natrafić na ślady ich pobytu na opolskiej ziemi. Wystarczy wybrać się do Łosiowa – tamtejszy kościół wieńczy charakterystyczny ośmioramienny krzyż maltański, znak joannitów. Ten sam krzyż widzimy na portrecie ostatniego przedwojennego proboszcza, który wisi na plebanii – krzyż zdobi płaszcz księdza. Sporo wiemy też o krzyżakach, czyli rycerzach niemieckiego zakonu Najświętszej Marii Panny. Ci osiedli w okolicy Kluczborka, a w Namysłowie posiadali zamek i patronat kościoła parafialnego – za tymi nadaniami też stał Henryk Brodaty, który hojnie obdarzył templariuszy.
Zakon przetrwał w podziemiu?

Dlaczego tyle wiemy o zakonach mniejszych i słabszych, a tak mało o Rycerzach Świątyni (Templum), najpotężniejszym z rycerskich zakonów? Wszystko dlatego, że pamięć o nich była starannie zacierana. Templariusze, przez wieki uważani za niezłomnych obrońców Grobu Świętego, zostali na początku XIV wieku oskarżeni o herezję i czary. Mistrzów zakonu spalono na stosie, a zakon rozwiązano, część jego dóbr przekazując joannitom.

Od tego czasu na temat templariuszy krążą różne legendy. Jedna z nich mówi, że Rycerze Świątyni przetrwali w ukryciu i założyli masonerię, by zemścić się na Kościele za prześladowania sprzed wieków. Inna mówi, że udało im się wywieźć skarby i tajemne księgi, może do Szkocji, a może na Śląsk, gdzie nie byli tak mocno ścigani. Może i do Krapkowic? Ile w tym wszystkim prawdy, a ile zwykłych bajań, trudno powiedzieć. Ale, znając dzieje wzlotu i upadku Rycerzy Świątyni, łatwiej pojąć żywotność legend o ich zamkach, skarbach i tajemnicach. I pewnie jeszcze długo dzieciaki z Otmętu będą biegać po swoich ruinach, bawiąc się w templariuszy.

Autor artykułu: Marek Ostrowski

BRZEG: Muzeum szuka pomocy

Friday, December 13th, 2002

Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu za wszelką ceną chciałoby zostać przejęte przez Urząd Marszałkowski. Dzięki temu miałoby duże szanse na dofinansowanie z budżetu ministra kultury, którego kasa jest zasobniejsza niż budżet powiatu ziemskiego, który w tej chwili łoży na utrzymanie placówki.

Brzeskie muzeum znane jest z tego, że jak na tak trudne czasy i tak nieźle sobie radzi. Duża w tym zasługa zapobiegliwego dyrektora muzeum Pawła Kozerskiego. Jednak nawet on od dłuższego czasu (właściwie od czasu przejęcia muzeum przez starostwo) narzeka.

- Coraz trudniej jest znaleźć sponsorów, firmy, które dawniej chętnie wynajmowały od nas sale na bankiety i konferencje teraz też zaciskają pasa – mówi dyrektor Kozerski.

Nie wypalił również pomysł wynajęcia jednego skrzydła muzeum, co mogłoby wspomóc budżet placówki.

W tym roku brzeskie muzeum otrzymało 600 tysięcy złotych z powiatu ziemskiego oraz 535 tysięcy złotych z dotacji budżetu państwa. Dodatkowym źródłem utrzymania placówki są wpłaty od sponsorów i pieniądze zarobione przez muzeum w trakcie licznych organizowanych na jego terenie imprez.

Autor artykułu: kacz

Biesiada nadzwyczaj skromna

Friday, December 13th, 2002

Nie smućmy się, że tak nas tu mało. To i tak jest dobry początek ? mówił arcybiskup Alfons Nossol w trakcie sobotniej Biesiady Romskiej. Niestety, frekwencja była znacznie niższa od oczekiwanej.

Organizatorzy, czyli Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Romów w RP z siedzibą w Kędzierzynie-Koźlu i Uniwersytet Opolski, zdecydowali się zorganizować imprezą w pięknej auli Wydziału Teologicznego. Aula liczy sobie 500 miejsc, tymczasem zjawiło się niespełna pół setki uczestników. Niestety, nie dotarli nawet wszyscy prelegenci – gdy prezes Towarzystwa Jan Korzeniowski witał nielicznych gości, odebrał telefon od Stanisława Stankiewicza z Centralnej Rady Romów.

- Nie może przyjechać, miał po drodze wypadek – poinformował zebranych.
Ci wszyscy, którzy na Biesiadę nie przyszli, powinni żałować. Nie tylko barwnego występu zespołu Bary-Bach, ale przede wszystkim ciekawych wystąpień prelegentów.

- Często rozmawiam z taksówkarzami, bo mogę się wtedy dowiedzieć, co sobie myślą zwykli ludzie – mówiła senator Dorota Simonides. – I tym razem opowiedziałam taksówkarzami, dokąd jadę. Dziwił się, po co w ogóle zajmować się Cyganami. I wtedy wytłumaczyłam mu, dlaczego jest to tak ważny temat. Bo gdyby to on ukradł Romowi portfel, to policjant i tak oskarżyłby o to Roma. Bo tak wielka jest siła negatywnych stereotypów.
Prof. Simonides opowiadała o problematyce romskiej w pracach OBWE. Tłumaczyła, że mniejszość romska traktowana, tak jak mniejszość kurdyjska, otoczona jest szczególną troską. Wszystko przez to, że obie te grupy pozbawione są własnego państwa, to mniejszości, o które nikt się nigdy nie upomni na drodze dyplomatycznej.

- To dlatego potrzebują one szczególnego wsparcia, tak zwanej pozytywnej dyskryminacji – tłumaczyła senator Simonides. – OBWE i Unia Europejska są bardzo czułe na punkcie traktowania mniejszości romskiej, martwią się o jej sytuację edukacyjną i zdrowotną.

O sytuacji polskich Romów mówił z kolei poseł Jerzy Szteliga, wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych.

- Nasza komisja jest takim sejmowym romskim taborem, wędrującym od jednego miejsca do drugiego – opowiadał poseł Szteliga. – Romowie żyją u nas w bardzo różnych warunkach. Nie wszystkie społeczności są tak zasiedziałe i żyją tak dostatnio, jak te w Opolu i Koźlu. Są miejsca wstydliwe, gdzie żyje się jak w Średniowieczu. A władze lokalne nie zawsze stają na wysokości zadania. Była taka gmina, która chciała dostać z resortu spraw wewnętrznych pieniądze na wykupienie domu wczasowego, do którego mogłaby przesiedlić Romów mieszkających na terenach zalewowych. To był kuriozalny plan stworzenia jakiegoś getta! Oczywiście nic z niego nie wyszło.

Zdaniem polskich parlamentarzystów, sytuacja naszych Romów i tak jest lepsza niż tych żyjących w innych krajach Europy Środkowej – Pamiętam, jak na Słowacji skini oblali benzyną 10-letnią Romkę – opowiadała prof. Simonides. – Gdy pojechaliśmy tam jako obserwatorzy OBWE, powiedziałam, że może ci skini coś by zrozumieli, gdyby ich wsadzić do Buchenwaldu. I potem musiała nas chronić policja, bo skini obstawili lokal, w którym trwała debata o Romach.

Dobiesław Rzemieniewski z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji opowiadał, że najważniejszym problemem jest w tej chwili poprawa możliwości edukacyjnych Romów. Nie udał się projekt tworzenia romskich klas, nie wypaliły też klasy integracyjne, bo romskie dzieci nie nadążały. Teraz wdrażany jest więc program asystentów edukacyjnych, którzy mają pomóc romskim dzieciakom w nadrobieniu braków.

- Najważniejsze jest to, by wszyscy pamiętali, że Romowie są takimi samymi obywatelami jak inni Polacy – powtarzał raz za razem Jan Korzeniowski.

Autor artykułu: Marek Ostrowski

Nysa: Zapracowany Mikołaj

Friday, December 13th, 2002

Osoby kupujące mikołajkowe wydanie “Gazety Opolskiej” w każdym ze sklepów sieci Lewiatana mogły sobie wybrać jeden z trzech świątecznych prezentów. Mieszkańcy Nysy mieli dodatkowe powody do radości, ponieważ w mieście przez cały dzień krążyli specjalni wysłannicy sklepu: Mikołaj, Śnieżynka i Kominiarz, którzy rozdawali prezenty. (more…)