Kędzierzyn-Koźle: Czy prezydent będzie burmistrzem?

May 21st, 2008

Rząd chce pozbawić statusu “miasta prezydenckiego” miast, które mają mniej niż 100 tysięcy mieszkańców. Na Opolszczyźnie dotyczy to jedynie Kędzierzyna-Koźla, ale w całej Polsce prawie 30 miast. Prezydenci walczą, więc o swoje stanowiska, bo dla nich burmistrz to strata prestiżu dla miasta.

Prezydenci chcą nadania im statusu miast na prawach powiatu. Rząd ma jednak inny pomysł i chce by w tych miastach rządził burmistrz, a nie prezydent. To nie podobna się Wiesławowi Fąfarze, prezydentowi Kędzierzyna-Koźla.

- My prezydenci miast prezydenckich zabiegamy o przekazanie kompetencji z powiatu do miasta – mówi Fąfara. – Teraz jest kilku właścicieli jednej drogi, a mieszkańcy chodzą od urzędu do urzędu. To nie oznacza likwidacji powiatów. Być może twórcy ustawy, widząc nasz lobbing poszli w drugą stronę.

Jakakolwiek zmiana nazwy czy stanowiska nie ma znaczenia dla Jana Religi, posła PiS z Kędzierzyna-Koźla. Twierdzi on, że liczy się odpowiedni człowiek na stanowisku, a nie napis na wizytówce.

- Podchodzę do tego sceptycznie. Czy będzie prezydent, czy burmistrz to sama nazwa nie ma znaczenia. Ważne jest jak funkcjonuje i jak się rozwija miasto – mówi poseł.

Co o planach rządu myślą mieszkańcy Kędzierzyna-Koźla? – Bez różnicy. Mają chyba podobne kompetencje więc ewentualna zmiana nie wpłynie na nic. A czy miasto straci prestiż? Na pewno nie – mówi mieszkaniec miasta.

- Zdecydowanie musi być prezydent. Burmistrz po tylu latach prezydentury w mieście wydaje się taki mały. A miasto wcale nie jest małe – twierdzi kędzierzynianka.

- Lepiej burmistrz. Brzmi dumniej, okazalej. Prezydent to jest Polski, a nami niech rządzi burmistrz – innego zdania jest jej sąsiad.

Jeśli rząd przeforsuje swój pomysł, to kto zapłaci za wymianę pieczątek, szyldów na urzędach, wizytówek i wszystkiego gdzie do tej pory widnieje napis prezydent miasta. Koszty na pewno nie będą małe, a zamieszanie jeszcze większe.

Autor artykułu: Tomasz Adamek (Radio Opole)

Łatwiej dostać skierowanie na drogie badania

May 20th, 2008

Tysiące pacjentów w całej Polsce mogły uniknąć prawdziwej drogi przez mękę i już u lekarza pierwszego kontaktu uzyskać skierowanie na badania specjalistyczne. Ale przez niedbalstwo urzędników nowe zarządzenia NFZ trafiły do przychodni z półrocznym opóźnieniem.

Echokardiografia płodu, kolonoskopia, gastroskopia, tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny i jedenaście innych specjalistycznych i drogich badań wreszcie stało się bardziej dostępnych dla pacjentów.

Dotychczas kierować na nie mogli tylko lekarze specjaliści. Pacjent, któremu trzeba było zrobić badanie, na przykład tomografię komputerową, musiał pokonać prawdziwą ścieżkę zdrowia.

Najpierw lekarz rodzinny. Ten nie mógł zlecić tomografii, a jedynie odesłać chorego do lekarza specjalisty. Po kilku miesiącach czekania na wizytę lekarz ten wydawał skierowanie na badania. Jeszcze parę miesięcy czekania na samo badanie i było po sprawie.

Narodowy Fundusz Zdrowia, by przyspieszyć te procedury, zmienił zasady finansowania tych 16 specjalistycznych badań i pozwolił, aby skierowania na nie mogli wystawiać także lekarze pierwszego kontaktu.

Nowe zasady miały obowiązywać od 1 stycznia tego roku. W rzeczywistości jednak do lekarzy odpowiednie pisma trafiły w maju.

Anna Rybarczyk, lekarka z Leszna, dowiedziała się o tych zmianach dopiero na początku tego miesiąca. – Mieliśmy sygnały, że pojawiło się takie zarządzenie, ale co najdziwniejsze, od samych pacjentów – opowiada Rybarczyk. – Oficjalne pismo z Narodowego Funduszu Zdrowia przyszło do mnie jednak dopiero 10 maja.

Sam NFZ jest jednak tym zaskoczony: – Owszem, na początku roku był lekki bałagan, ale teraz już nie powinno być takich opóźnień – zapewnia Beata Aszkielaniec, rzecznik prasowy łódzkiego Narodowego Funduszu Zdrowia.

Z nowych przepisów lekarze pierwszego kontaktu są umiarkowanie zadowoleni.

- Przydadzą się tak naprawdę tylko w przypadku trzech badań: kolonoskopii, gastroskopii i tomografii komputerowej – tłumaczy Rybarczyk. – Do niedawna, choć miałam poważne podejrzenia choroby wrzodowej, musiałam pacjenta odsyłać do specjalisty, by nadal czekał i cierpiał. Teraz będę mogła wysłać go z miejsca na gastroskopię i tomografię. Tomografia zaś przyda się w przypadku chorych z wyraźnymi problemami kręgosłupa.

W przychodni skierują cię na:

1. Zdjęcia oka metodą angiografii fluoresceinowej i indocyjaninowej,
2. Badanie przepływu krwi doppler duplex
3. Kompleksowe badanie echokardiograficzne u dzieci z wrodzonymi wadami serca,
4. Echokardiografię obciążeniową lub przezprzełykową,
5. Echokardiografię płodu z kolorowym obrazowaniem przepływu w przypadku podejrzenia patologii układu krążenia,
6. Gastroskopię,
7. Kolonoskopię,
8. pH metrię wykrywająca chorobę refluksową przełyku,
9. Endoskopię układu oddechowego,
10. Badania medycyny nuklearnej wykrywające stężenie hormonów we krwi
11. Badanie nerek u dzieci i u osób z wywiadem uczuleniowym,
12. Badania molekularne wykrywające predyspozycje do raka,
13. Tomografię komputerową,
14. Rezonans magnetyczny,
15. Elektrokardiograficzną próbę wysiłkową,
16. Badanie elektrofizjologiczne oczu.

Autor artykułu: Sylwia Czubkowska

Teletubisie wygrały skrzynkę piwa

May 20th, 2008

Teletubisie, zakład pogrzebowy, stonogę czy prysznic – fantazja studentów nie zna granic. Właśnie w takie cuda przebrali się na wczorajszą deszczową Żakinadę.

Pochód żaków zaczął się wczoraj o 10. spod Politechniki. Zła pogoda sprawiła, że pod Ratuszem, który był celem Żakinady, nie było zbyt wielu studentów, ale nie przeszkodziło to w dobrej zabawie.

- Trudno się wstawało – mówi Piotr Marny-Janusz, który miał na sobie oryginalny worek na zwłoki, a twarz w białym pudrze. – Na pomysł wpadliśmy wczoraj, a worek załatwiliśmy po znajomości.

Wraz z dwoma koleżankami Piotrek przebrał się za zakład pogrzebowy. Największą grupę przebierańców tworzyła stonoga. Połączyła 13 osób.

- Było nas dużo, więc musieliśmy wymyślić strój grupowy – mówi Marta Paprocka, która była częścią stonogi.

Ich dużą konkurencją był “Pociąg do magistra”. Tak jak w prawdziwym składzie kolejowym była lokomotywa, Wars, WC i inne wagony.

- Jesteśmy na piątym roku i pomyśleliśmy, że to dobry pomysł na zakończenie studiów – mówiła Marzena Puchała.

Najlepszym strojem tegorocznych Piastonaliów okazały się Teletubisie. Czwórka chłopaków w kolorowych skafandrach miała na głowie kartonowe głowy bohaterów kreskówki. Tinky Winky nie zapomniał o swojej słynnej czerwonej torebce.

- Jesteśmy apolityczni – mówił z uśmiechem Michał Misiaszek. – Pomysł wzięliśmy z telewizji, a stroje szyliśmy dzień wcześniej. Było warto, wygraliśmy skrzynkę piwa.

Pierwsze miejsce w stroju indywidualnym zdobył prysznic. Tomek Łydka miał na sobie obręcz wykonaną z kabla, na której zawieszona była kotara. Na plecach zamontował sobie prysznic.

- Było nas za dużo do stonogi więc dla żartu powiedziałem, że przebiorę się za prysznic – mówił Tomek.

Dziś kolejny dzień Piastonaliów, jak zapewniali studenci mimo, iż pogoda nie sprzyja dobrze się bawią.

- Mam znajomych z którymi bez względu na aurę zawsze mamy udana zabawę – mówił Piotr.

Moje Piastonalia

Dr Andrzej Spakowski, Instytut Matematyki:

Studiowałem we Wrocławiu. W Piastonalia były organizowane rajdy – Wiosna Studencka. Zdarzało się, że w górach był śnieg, więc były przemoczone buty i walka na śnieżki. Piłem wtedy najlepszą herbatę. Szliśmy już dość długo, byliśmy zmęczeni i spragnieni. Po drodze natknęliśmy się na góralską chatę i poprosiliśmy o wodę. Dostaliśmy herbatę, w życiu nie piłem tak dobrej. Koncerty mnie nie interesowały.

Co dziś na Piastonaliach

10.00-13.00 – Warsztaty tańca (klub Mieszko – DS Spójnik UO)

10.00 – Unihokej (Państwowa Medyczna Wyższa Szkoła Zawodowa)

11.00 – Siatkówka plażowa (ul. Sosnkowskiego ZWM)

11.00-15.00 – Poranek z Radio-Sygnałami (boisko campus UO)

11.00-13.00 – Turniej tenisa stołowego – KU AZS UO (sala gimnastyczna UO – pl. Staszica 1)

12.00 – Turniej reprezentacji piłkarskich uczelni (ul. Sosnkowskiego ZWM)

12.00 – Fun Hour Cycling with FitLife – Rowerki (Szara Willa)

13.00-15.00 – Warsztaty tańca współczesnego – KU AZS UO (sala gimnastyczna UO – pl. Staszica 1)

15.00 – Dzień muzyki Clubowej na UO:

Dj Oliver, C-BOOL, Michał Lazar, Baseattack, Voytas (elektro set), Diana Drouze, Miter, Steve Murano, Monkey, Lukash Andego, Driver

16.00-23.00 – “Alternatywne” granie w Skrzacie (klub Skrzat – DS. Mrowisko UO): Radical Garaża, Nothing Inside, Gore, Makle Kfuckle, Cursed Carnaval

20.00 – Golas Party (klub CINA)

Autor artykułu: Magdalena Pilor

Polacy przesiadają się do japońskich samochodów

May 19th, 2008

Polacy polubili auta firmowane przez koncerny z Kraju Kwitnącej Wiśni. Toyota sprzedaje już więcej samochodów niż Skoda, dotychczasowy ulubieniec polskich kierowców. Do Polski wraca też Mazda, która zamknęła swoje salony przed trzema laty.

Toyota, której sprzedaż ostatnio mocno ucierpiała w USA, w Polsce idzie jak burza. Ma już bestsellery w niemal każdym segmencie – od pikapów (Hilux), poprzez terenówki (Land Cruiser i RAV4), aż po kompakty (Auris) i autka miejskie (Yaris i Aygo).

W tym roku do pierwszej dziesiątki najczęściej kupowanych marek samochodów awansowała Honda. Z wynikiem ponad 1300 aut miesięcznie (dwa razy tyle, co średnio w ubiegłym roku) koncern sprzedaje na podobnym poziomie co Ford, Citroen czy Peugeot. Co ciekawe, dzieje się tak, mimo że na Hondę trzeba wydać więcej o przynajmniej kilka tysięcy złotych niż chociażby na francuski model z tej samej półki. Przykładowo, kosztująca od 91 tys. zł Honda Accord to jedno z najdroższych aut w swojej klasie, ale mimo to nie brakuje na nią chętnych. Podobnie jest z innymi modelami.

Rekordowe wyniki notuje też Mitsubishi, które od stycznia do kwietnia sprzedało ponad 1500 aut, a więc o 62 proc. więcej niż rok temu. Ogromnym zainteresowanie cieszy się nowy Lancer. Tylko w kwietniu wybrało go 250 kierowców.

Efekt? W Polsce japońskie marki stanowiły w 2007 r. już 23 proc. sprzedaży nowych aut – to dużo więcej niż w całej Europie, gdzie udział marek z Kraju Kwitnącej Wiśni wynosi średnio 15 proc. W tym roku ich udział w Polsce może jeszcze wzrosnąć.

Popyt na auta japońskie chce wykorzystać Mazda, która na przełomie maja i czerwca rozpocznie sprzedaż w Polsce. To już drugie podejście japońskiej marki do naszego rynku. Mazda wycofała się z naszego kraju w 2005 r., zostawiając tylko sieć autoryzowanych serwisów. Wtedy jednak trwała bessa na rynku nowych aut, a salony odwiedzało coraz mniej klientów. W tym roku karty się odwróciły, bo Polacy kupują coraz więcej samochodów. Według instytutu Samar z salonów ma wyjechać 340 tys. aut, czyli o 50 tys. więcej niż jeszcze w 2007 r.

Mazda chce na dobre zadomowić się nad Wisłą, wykorzystując słabość polskich kierowców do marek japońskich. – Docelowo chcemy sprzedawać rocznie co najmniej 8 tys. aut – mówi Wojciech Halarewicz, szef polskiego oddziału Mazdy. Według niego kluczem do sukcesu ma być niszowość marki. – Z badań wynika, że co czwarty kierowca podchodzi do kupna auta emocjonalnie, a więc chce stylu oraz indywidualności – mówi Halarewicz.

Mazda ma też atut, który wyróżnia ją na tle niektórych innych aut japońskich. Mianowicie modele tej marki rzeczywiście produkuje się w Japonii, w przeciwieństwie np. do popularnego modelu Nissan Quashqai wytwarzanego w fabryce w Sunderland w Wielkiej Brytanii.

Jak udało się nam ustalić, najtańsza Mazda 2 będzie kosztować ok. 40 tys. zł. Najdroższa będzie miejska terenówka CX-7 (ponad 100 tys. zł) oraz MX-5 (od 80 tys. zł), czyli małe, sportowe auto typu roadster. Oznacza to, że cenowo Mazda chce konkurować z Toyotą czy Hondą. Niektóre modele – jak choćby Mazda 5 – mają być nawet tańsze od swoich konkurentów, czyli w tym przypadku Toyoty Corolli Verso. Na tym nie koniec, bo Mazda chce wprowadzać kolejne modele na nasz rynek. W przyszłym roku do sprzedaży wejdzie pikap BT-50. Sprzedaży w Polsce Mazdy RX-8, jedynego seryjnie produkowanego na świecie samochodu z rotacyjnym silnikiem Wankla, firma na razie nie przewiduje ze względu na małe zainteresowanie. – Przy imporcie na poziomie 60 sztuk rocznie sprzedaż RX-8 nie byłaby dla nas opłacalna – wyjaśnia Halarewicz.

Japoński koncern zdaje sobie sprawę, że na wynikach sprzedaży innych modeli może się odbić indywidualny import Mazdy z krajów Unii (łącznie 1200 sztuk w ubiegłym roku). Stąd też modele wyceniono w ten sposób, aby nie opłacało się importować auta z innego kraju.

Podobną strategię przyjęła w naszym kraju Toyota. W lutym koncern obniżył w Polsce ceny średnio o 4 proc. ze względu na napędzany coraz mocniejszą złotówką import japońskich aut z Unii. Zagrażało to sprzedaży w salonach, bo aż 5 proc. pierwszych rejestracji aut Toyoty to te sprowadzane z innych krajów.

Wejście Mazdy to dobra wiadomość dla miłośników aut. Nowy gracz z pewnością zaostrzy konkurencję między japońskimi markami.

Dlaczego kupujemy japońskie auta

Japońskie samochody są faworytami rankingów niezawodności, zaś klienci tych marek są bardzo zadowoleni z jakości obsługi w salonach.

Tak wynika z raportów niezależnych firm badających usterkowość aut oraz satysfakcję klientów. Niemiecki instytut ADAC co roku przygotowuje raport o najmniej usterkowych samochodach na podstawie zgłoszeń kierowców, których auta uległy awarii na trasie. Japońskie marki okupują na nich wysokie pozycje, nieznacznie tylko ustępując producentom niemieckim. Jeśli wziąć pod uwagę dane zbierane od 1978 r., to na przestrzeni lat marką sprawiającą najmniej problemów jest Toyota, a nie np. Mercedes czy Volkswagen.

Natomiast pod względem satysfakcji klientów marki japońskie nie mają sobie równych w Europie. Na stworzonej przez organizację Consumer Reports ubiegłorocznej liście modeli, z których klienci są najbardziej zadowoleni, na 39 aut aż 18 to modele japońskie.

Autor artykułu:

Zapisz się do szkoły letniej

May 17th, 2008

X Edycję Międzynarodowej Szkoły Letniej zamierza zorganizować w tym roku Dom Europejski. Temat tegorocznych zajęć to: “Mniejszości narodowe w Europie-dziś i jutro”.

Szkoła jak co roku będzie trwała dwa tygodnie. Mogą w niej wziąć udział osoby między 19 a 30. roku życia. Projekt skierowany jest głównie do studentów starszych lat oraz absolwentów uczelni wyższych z całej Europy, chcących poszerzyć swoją wiedzę na temat mniejszości narodowych. Językiem wykładowym szkoły będzie – podobnie jak rok temu – język niemiecki. Seminarium zaplanowano na 15-26 września tego roku.

Szkoła będzie się składała z trzech etapów. W trakcie pierwszego, który odbędzie się w Opolu, w planach są wykłady na temat mniejszości w różnych europejskich krajach oraz obowiązujących standardów. Będą je prowadzić wykładowcy z całej Europy.

Druga część szkoły odbędzie się w stolicy Niemiec – Berlinie. Organizuje ją Międzynarodowe Centrum Edukacji Europejskiej z siedzibą w Nicei.

Ostatnia część Międzynarodowej Szkoły Letniej odbędzie się w stolicy Alzacji – Strasbourgu. Podczas trzydniowego pobytu w stolicy instytucji europejskich uczestnicy, będą mogli przyjrzeć się z bliska obradom Parlamentu Europejskiego. Odwiedzą Radę Europy oraz Europejski Trybunał Praw Człowieka. Rekrutacja uczestników rozpocznie się 26 maja br.

Autor artykułu: Maciej T. Nowak

Gotówkę można także wypłacać w sklepach

May 17th, 2008

Nie musisz szukać bankomatu, by zaopatrzyć się w gotówkę. Wypłaty drobnych kwot na kartę oferuje już 9,6 tys. punktów, w tym ponad 1,5 tys. sklepów spożywczych, kilkaset stacji benzynowych, a nawet 500 restauracji. Jest to możliwe dzięki usłudze cashback.

Pobranie pieniędzy w trakcie dokonywania transakcji bezgotówkowej z użyciem karty Maestro udostępnił właśnie swoim klientom Bank BPH. Natomiast na karty Visa umożliwiło dokonywanie wypłat Towarzystwo Finansowe SKOK.

- Usługa pozwala szybko i wygodnie zaopatrzyć się w gotówkę w kasie sklepu czy stacji benzynowej, bez potrzeby korzystania z bankomatu – tłumaczy Małgorzata Dłubak, rzecznik Banku BPH. Wystarczy, że podczas robienia zakupów w punktach oznaczonych logo cashback klient poprosi o wypłatę konkretnej sumy. W ten sposób mogą pobierać pieniądze osoby posługujące się debetowymi kartami Maestro oraz debetowymi visami i visami electron.

W sumie usługę wprowadziło już 11 instytucji finansowych. Oprócz BPH i TF SKOK również PKO BP, mBank, MultiBank (oba z grupy BRE), BZ WBK, Volkswagen Bank direct, City Handlowy (dla kart Visa Business), Lukas Bank oraz Bank Polskiej Spółdzielczości i zrzeszone z nim banki spółdzielcze. Taką możliwość mają także posiadacze kart Maestro i Visa wydanych przez ING Bank Śląski. W sumie z usługi cashback w naszym kraju może korzystać ponad 8 mln użytkowników debetowych kart Visa i Visa Business oraz Visa Electron i Visa Business Electron, w tym około 1,5 mln klientów ING korzystających zarówno z kart Visa, jak i Maestro. Natomiast do końca 2009 r. do tego grona dołączy 700 tys. posiadaczy kart TF SKOK.

Klienci tych instytucji finansowych mają dostęp do pieniędzy ze swojego konta bankowego podczas płacenia rachunku w jednym z ponad 6,6 tys. (Visa) i 3 tys. (MasterCard) supermarketów, stacji benzynowych, hoteli, restauracji i innych punktów usługowo-handlowych w Polsce. Ich liczba stale i szybko rośnie.

Jednorazowo można wypłacić do 200 zł. Wystarczy podać sprzedawcy kartę płatniczą i powiadomić go o sumie, którą chcemy pobrać z konta. Zostanie ona doliczona do rachunku i wypłacona od razu do ręki. Dyspozycja wypłaty powinna zostać potwierdzona przez wpisanie numeru PIN lub przez podpis na paragonie. Liczba wypłat dziennych jest nieograniczona. Pod warunkiem jednak, że klient nie ma żadnych ustalonych limitów wypłat na swojej karcie.

Warto upewnić się w placówce swojego banku, czy za korzystanie z tej formy wypłaty gotówki nie pobiera prowizji. Korzystanie z cashback na razie jest bezpłatne w większości instytucji finansowych, ale niektóre już pobierają lub mają zamiar wprowadzić prowizję – np. Citi Handlowy od każdej transakcji inkasuje 1,5 zł, a Volkswagen Bank i Lukas Bank po 50 groszy.

Cashback to rozwiązanie wygodne, choć ma pewien minus. Nie przyda się osobom wybierającym się za granicę. Usługa jest dostępna dla użytkowników kart wydanych w danym kraju tylko na terenie tego państwa. To samo ograniczenie dotyczy obcokrajowców przebywających w Polsce.

Usługa cashback została wprowadzona na świecie w latach 80. ubiegłego wieku. Obecnie może z niej korzystać ponad 100 mln osób. W Polsce cashback rozwija się od 2006 r.

Jak wypłacać pieniądze w sklepach i na stacjach

Korzystanie z usługi cashback jest bardzo proste. Trzeba jednak zwrócić uwagę na kilka drobiazgów:

1. Jeszcze nie każdy bank, który wydaje karty debetowe Maestro lub Visa, pozwala swoim klientom dokonywać na nie wypłat w kasach sklepów i punktów handlowo-usługowych. Upewnij się w oddziale, czy i ty możesz korzystać z tej usługi.

2. Jeśli twój bank udostępnia usługę, to sprawdź, czy za wypłaty pobierana będzie prowizja. Większość instytucji jej nie ma, ale już niektóre wprowadziły opłaty za korzystanie z cashback.

3. Wypłat można dokonać wyłącznie w kasach, które obrendowane są znakiem cashback. Oznacza to, że np. nie w każdej kasie w hipermarkecie, który oferuje usługę, można pobrać pieniądze.

4. Wypłaty w kasie można dokonać tylko wówczas, gdy równocześnie płacisz za zakupy lub usługę. Nie można przyjść do sklepu tylko po gotówkę. Chęć skorzystania z usługi trzeba zgłosić np. kasjerce czy kelnerowi.

5. Wypłata gotówki, tak samo jak płatność kartą za zakupy, musi być potwierdzona kodem PIN lub podpisem klienta na paragonie.

6. Każda wypłata pomniejsza limit środków na koncie.

Autor artykułu: Marta Sarnacka

Polacy zbili Czarnogórców

May 17th, 2008

Od zwycięstwa 3:0 nad zespołem Czarnogóry rozpoczęli polscy siatkarze turniej memoriałowy Huberta Wagnera, który jest równocześnie pierwszą częścią eliminacji do mistrzostw Europy.

W olsztyńskiej hali Urania emocji było niewiele, mecz przebiegał pod dyktando Polaków, którzy w każdym secie prowadzili od pierwszej piłki. Jednak momentami Czarnogórcy byli bliscy doprowadzenia do remisu.

Takiego wyniku można było się spodziewać, bo drużyna rywala gra dopiero od niedawna, po rozpadzie Serbii i Czar-nogóry. W zespole nie ma gwiazd, a większość siatkarzy w ekipie Veselina Vukovicia to zawodnicy mistrza kraju (Budućnost Podgoricka Banka), który był grupowym rywalem w Lidze Mistrzów Skry Bełchatów.

Czarnogóra nie ma jeszcze punktów w rankingu FIVB, ale może się poszczycić dwukrotnie pokonaniem Norwegów. Dzięki tym zwycięstwom podopieczni trenera Vukovicia zagrali w Olsztynie. Strata nawet jednego seta przez wicemistrzów świata z takim “Kopciuszkiem” byłaby niespodzianką.

Trener Raul Lozano też nie wątpił w zwycięstwo naszego zespołu, choć przed tym meczem miał nie lada ból głowy. Najpierw przykra, zadawniona kontuzja pleców Pawła Zagumnego wykluczyła naszego rozgrywającego numer 1 z udziału w turnieju.

Selekcjoner nie chciał również ryzykować i posyłać do boju Michała Winiarskiego, który na razie ma dość grania i chce odpocząć. “Winiar” może przydać się w meczach, gdzie stawka będzie znacznie wyższa, jak choćby czekające polski zespół olimpijskie kwalifikacje w Espinho na przełomie maja i czerwca.

- Michał dopiero co skończył ligowy sezon we Włoszech, więc należy mu się trochę odpoczynku – argumentował trener Lozano.

Kolejnym zmartwieniem argentyńskiego trenera naszej reprezentacji jest kontuzja Łukasza Kadziewicza, której nabawił się dzień przed meczem z Czarnogórą. Selekcjoner, podobnie jak w przypadku Zagumnego, nie chciał ryzykować zdrowia zawodnika i dał mu odpocząć. Jego miejsce w ekipie zajął zawodnik miejscowego Mlekpolu AZS – Marcin Możdżonek.

“Kadziu” urazu stawu skokowego nabawił się na początku sezonu, kiedy był jeszcze zawodnikiem Spraklingu Milano, przez co musiał pauzować prawie przez trzy miesiące.

- Mam nadzieję, że za kilka dni Łukasz będzie gotowy do gry – uważa drugi trener naszej reprezentacji Alojzy Świderek. – Dla nas turniej w Olsztynie, eliminacje mistrzostw Europy to pewny etap, ale najważniejsza jest olimpiada.

Pod nieobecność Zagumnego rolę rozgrywającego w meczu z Czarnogórą trener Lozano powierzył Pawłowi Woickiemu, zostawiając w rezerwie Łukasza Żygadłę. Na środku bloku zagrał, obok Daniela Plińskiego, debiutant w kadrze, Piotr Nowakowski.

Dzisiaj zagramy z Estonią, a w niedzielę z Węgrami (oba mecze o godzinie 17).

Autor artykułu: Leszek Jaźwiecki

Kluczbork: Złodzieje lawet już siedzą

May 15th, 2008

Policjanci zatrzymali 7 osób podejrzanych o kradzieże samochodów, lawet i przyczepek samochodowych. Złodzieje grasowali na terenie powiatów: oleśnickiego, kępińskiego, wieluńskiego, wieruszowskiego, i kluczborskiego.

Od 1 marca do 24 kwietnia br., w Kluczborku skradziono sześć lawet. Ginęły też przyczepki, koła i części samochodowe. Łączna wartość łupu to ponad 100 tys. zł.

Zbierane przez policjantów informacje, pozwoliły na przystąpienie do zatrzymań podejrzanych. Mają oni od 21 lat do 32 lat. Pochodzą z powiatów wieruszowskiego, kępińskiego, namysłowskiego i kluczborskiego. Podejrzani przyznali się do zarzucanych czynów. Dwóch z zatrzymanych mężczyzn odpowie również za paserstwo, a pozostali za kradzieże.

Podczas przeszukań funkcjonariuszom udało się odzyskać część skradzionych rzeczy. M.in. radioodtwarzacze, CB, koła i opony. Wartość odzyskanego mienia to ok. 65 tys. zł. Podejrzanym grozi do 10 lat więzienia.

Autor artykułu: MAN

Kędzierzyn-Koźle: Inspektor Jan Chyla nie żądał łapówek

May 15th, 2008

Prokuratura twierdziła, że ma dowody, iż Jan Chyla, były wojewódzki inspektor sanitarny, wykorzystywał służbowe stanowisko, szantażował ludzi i załatwiał rodzinne interesy.

W piątek Sąd Rejonowy w Kędzierzynie-Koźlu był jednak innego zdania. Uniewinnił Chylę od wszystkich podejrzeń jakie znalazły się w akcie oskarżenia.

- Prokuratura sama wycofała się z jednego z zarzutów i wnosiła o uniewinnienie – powiedział “Gazecie Opolskiej” Jacek Ziobrowski, adwokat broniący Chyli. – Za pozostałe zarzuty oskarżyciel domagał się dwóch lat i ośmiu miesięcy więzienia – dodał.

Zarzuty dotyczyły tzw. biernej korupcji, do której miało dochodzić w latach 2001-2002 r., gdy Chyla był jeszcze powiatowym inspektorem sanitarnym w Kędzierzynie-Koźlu.

Jan Chyla został zatrzymany w lutym 2004 r. Policjanci wcześnie rano wyprowadzili go z domu, w kajdankach, przy telewizyjnych kamerach i błyskach fleszów aparatów.

- Już wówczas uważaliśmy, że nie było podstaw do zatrzymania. Zażaliliśmy się do sądu, a ten przyznał nam rację – opowiada Jacek Ziobrowski. – Prokuratura jednak konsekwentnie brnęła w stronę oskarżenia.

Kędzierzyńska prokuratura oskarżyła Chylę w sierpniu 2004 r. Wówczas był wojewódzkim inspektorem sanitarnym. Po ponad roku stracił stanowisko. Trzyletni proces, w trakcie którego za sędziowskim stołem zasiadało trzech zawodowych sędziów, udowodnił, iż Chyla jest bez winy. Nie doszło do popełnienia przestępstw.

- Świadkowie w sądzie nie potwierdzili oskarżeń prokuratury – mówi mec. Ziobrowski. – W tej sprawie nie było dowodów, tylko czyjeś przemyślenia i domniemania.

Według tych pomówień Chyla musiał się tłumaczyć z tego, że nie żądał 40 tys. zł od SPZOZ. Łapówką miało być zwolnienie z czynszu prywatnej przychodni (jej szefową jest żona Chyli), która dzierżawiła pomieszczenia od ZOZ-u.

Zarzucono mu też próbę wymuszenia na dyrekcji SPZOZ udostępnienia za darmo gabinetu stomatologicznego dla syna. Młody dentysta miał rzekomo dostać ten gabinet wraz z wyposażeniem. Chyla nic nie wskórał w tej sprawie również w rozmowie z wójtem Polskiej Cerekwi. Miał też załatwiać pracę dla dalekiego członka swojej rodziny.

Jan Chyla od początku konsekwentnie mówił, że jest niewinny. Zapewniał, że zarzuty przeciwko niemu to stek bzdur i kłamstw.

Wyrok jest nieprawomocny.

Kiedyś był inspektorem, a dziś jest lekarzem

Jan Chyla stracił stanowisko wojewódzkiego inspektora sanitarnego w styczniu 2006 roku.
Jedna z lokalnych gazet szczyciła się, że jej artykuły przyspieszyły decyzję o dymisji.
Początkowo wojewoda Bogdan Tomaszek, ani Andrzej Trybusz, główny inspektor sanitarny, nie widzieli nic złego w fakcie, że urzędnik oskarżony o korupcję chodzi normalnie do pracy. Po opisaniu sprawy urzędnicy się ugięli i wojewoda negatywnie wypowiedział się o możliwości pracy przez Chylę. Poseł Sławomir Kłosowski z PiS grzmiał, że to skandal. Andrzej Trybusz zwolnił Chylę ze stanowiska wojewódzkiego inspektora sanitarnego .
Obecnie Jan Chyla pracuje jako lekarz.

Autor artykułu: Maciej T. Nowak

Otmuchów: Kto zapłaci za pomór w pasiece

May 15th, 2008

– Ze 140 pszczelich rodzin zostało mi 15 – skarży się Zbigniew Kopcisz, który wraz z synem prowadzi pasiekę w Kamiennej Górze, niedaleko tamtejszych kamieniołomów. Zauważył,że ule stopniowo pustoszeją, bo chora pszczoła ma instynkt a poza tym trucizna mogła szybko zadziałać, tak że owad traci orientację i nie wraca do ula .

Co jest przyczyną tego pomoru ? Zdaniem właściciela pasieki, zawiniły opryski pobliskich pół kukurydzianych. Trudno jednak tego dowieść, a ubezpieczyciel zażądał wskazania winnego zaistniałej sytuacji. Zbigniew Kopcisz udał się więc najpierw do magistratu w Otmuchowie, następnie do nyskiego, bo okazuje się,że pasieka leży na granicy gmin, podobnie część pól obsadzonych kukurydzą. Powołano zatem specjalną komisję, która przeprowadziła wizję lokalną i stwierdziła, że prawdopodobną przyczyną wyginięcia pszczół jest m.in. brak zastosowania leku przeciw varrozie. Poza tym poszkodowany nie poddał padłych pszczół laboratoryjnej analizie. Zarzucono także brak padniętych pszczół w bezpośredniej bliskości uli .

Skutek takiej opinii to odmowa wypłaty ubezpieczenia przez ubezpieczyciela, który uzasadnił, że nie można jednoznacznie ustalić przyczyn padnięcia pszczół i wskazać sprawcy szkody.

Zdaniem Zbigniewa Kopcisza jest to krzywdzące a także świadczy o braku wiedzy na temat pszczelich zwyczajów.

– Nie mogłem zastosować jesienią leku przeciwko varrozie, ponieważ gdyby pszczoły od niej padły, to ich “zwłoki” byłyby w pasiece i to umożliwiałoby badania, tymczasem padłych pszczół w pasiece nie było. Co zatem miałem badać? – pyta. W odwołaniu od decyzji ubezpieczyciela pisze także: ” Ustosunkowując się do zarzutu braku wykonania badań laboratoryjnych pragnę podkreślić, iż ich wykonanie było niemożliwe i bezsensowne, ponieważ pszczoły, które pozostały w ulu, nie były skażone, natomiast poszukiwanie padłych pszczół po areałach kukurydzy jest to szukanie igły w stogu siana”.

Kopcisz żali się : obojętnie, czy się ubezpieczy pasiekę, czy nie, i tak są to same straty.- Ale nie rezygnuję, bo kocham pszczoły i one są całym moim życiem – mówi. – Już odbudowuję ule, kupiłem pszczele rodziny od znajomego. A swoją historie opiszę w specjalistycznej prasie, w “Pszczelarzu Polskim”. Innym ku przestrodze.

Autor artykułu: Dorota Kłonowska, Radio Opole